Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twarz. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 grudnia 2015

#12 Denko listopad

No tak, kolejny miesiąc już za nami.
Bardzo, bardzo szybko to leci.

Grudzień zapowiada się u mnie pełen zmian, czy na lepsze się dopiero okaże.

Tymczasem czas na posumowanie zużyć listopadowych.
Jak ostatnio mam w zwyczaju zużycia są raczej skromne.


W kosmetykach prysznicowych:

1. Nacomi baby, to właściwie płyn do kąpieli dla dzieci. Pachniał bardzo delikatnie, nie podrażniał, całkiem nieźle się pienił i mimo swojej konsystencji był wydajny. Używała go moja córeczka. Teraz mamy żel z Nivea, ale nie wykluczam, że zrobimy powrót do Nacomi.

2. Facelle 50 plus, uwielbiam. Stosowałam zgodnie z przeznaczeniem i jako szampon. Lepszego szamponu jak na razie nie miałam. Włosy po nim są po prostu zdrowe. Wykończę moje szamponowe zapasy i przerzucę się tylko i wyłącznie na Facelle.

3. Babydream, żel. Miał być dla córki, ale zapach był zbyt intensywny, więc zużyłam ja. Żel jest bardzo przyjemny, pieni się jak szalony, nie wysusza. Możliwe, że jeszcze do mnie trafi.

4. Nivea sea minerals, mydło. I żeby nie było tak kolorowo, że wszystko co zużyłam jest takie idealne, mamy to mydło. Śmierdzi kostką wc, wygląda jak kostka wc, i podejrzewam, że tak samo agresywnie działa. Mydło musiał zużyć mój mąż bo moja skóra po nim swędziała strasznie.

5. Mydełko Dove. Dawno nie używałam kultowego Dove, więc kiedy natknęłam się na dwupak w Biedronce sama nie wiem kiedy, a już był mój. Mydełko jest rewelacyjne, dużo lepsze niż żele czy płyny do kąpieli. Jednak ostrzegam przed biedronkowymi promocjami, bo mydło ma tylko 75g, a nie jak klasyczna kostka 100g, więc wcale nie jest tańsze ;)


6. Szampon Timotei do włosów farbowanych. Te szampony przez bardzo długi czas były moimi ulubionymi. Obecnie jednak na moje włosy zdecydowanie lepiej działa Facelle, dlatego do Timotei na razie nie wrócę.

7. Biovax, szampon intensywnie regenerujący. Moje włosy nie mają tendencji do puszenia się, po tym szamponie jednak miałam dosłownie afro na głowie. Suche afro, nie odżywione. Totalny niewypał, na szczęście szampon nie jest wydajny. Nie kupię go więcej.


8. Bielenda Bikini spf30, to całkiem przyjemny filtr. Nie bieli, nie błyszczy się. Jedyne co mam mu do zarzucenia to konsystencja masła przez co miałam wrażenie oblepienia twarzy. Jest to uczucie na tyle nieprzyjemne, że rzadko sięgałam po ten krem.

9. Garnier, żel do mycia twarzy. Kiedyś go chyba nawet recenzowałam. Żel w działaniu jest bardzo agresywny dlatego używałam go mniej więcej raz na tydzień. To dobry kosmetyk, ale zdecydowanie nie dla mnie. Więcej go nie kupię.

10. Vichy Normaderm. O nim też już pisałam. Jak na razie mój ulubieniec. Obecnie używam Effaclar, ale kiedy się skończy pewnie powrócę do Vichy. Uwielbiam go.

11. Biały Jeleń, krem do twarzy. O nim też już kiedyś było. Krem, który nic nie robi. Zużyłam, bo szkoda wyrzucić. Nie kupię ponownie.


12. Eyeliner WetnWild był całkiem przyzwoity. Używałam go przez prawie rok, niesystematycznie, i dopiero teraz zaczął blednąć. Możliwe, że jeszcze do niego wrócę.

13. Wysuszacz lakieru Essence to mistrz w swojej kategorii. Chwilowo nie mieli go w drogerii, ale kiedy znów się pojawi na pewno kupię kolejną buteleczkę.


Próbki. Wśród nich wszystkich na szczególną uwagę zasługuje krem pod oczy Sylveco. Kiedy wykończę swoje zapasy kremów pod oczy (a naliczyłam dwie i pół tubki) to koniecznie muszę się zaopatrzyć w ten krem.


Waciki, chusteczki, płyn do soczewek, pasta i peptydowy reduktor zmarszczek. Oprócz reduktora wszystko kupiłam ponownie.

I to tyle moich zużyć. Tym razem rozliczam się na bieżąco. 
A jak tam Wasze denka?




piątek, 27 listopada 2015

Farmona, krem zimowy dla sportowców spf50

Witajcie,

Na zewnątrz coraz chłodniej, więc dzisiaj mam dla Was recenzję kremu ochronnego od Farmony, który prezentuje się tak:


Z tego co się orientuję krem ten jest nowością. Chcąc go kupić długo szukałam opinii o nim w internecie, ale niestety nic nie znalazłam, więc kupiłam go w ciemno. Z dostępnością też miałam problem, bo musiałam kupić go w aptece internetowej. Było to jednak we wrześniu, kiedy za oknem było ponad 20 stopni, także możliwe, że teraz łatwiej jest na niego trafić.


O tym, że kupiłam właśnie tą wersję zdecydował filtr. Na rynku mało jest kremów chroniących nas przed mrozem i dodatkowo posiadających wysoki filtr. Za to Farmona od razu ma u mnie plusa.

Jak widzicie jego opakowanie to klasyczna tubka w czerwonym kolorze zamykana na klik. Opakowanie klasyczne i jak na mój gust najpraktyczniejsze. Łatwo możemy zaaplikować tyle produktu, ile potrzebujemy.


Konsystencja mnie trochę zaskoczyła. Spodziewałam się gęstej, kleistej kluchy, którą wyklajstrowałabym twarz. A tu nic z tych rzeczy.
Krem, jak na krem zimowy jest dość lekki, nie klei się. Od razu zapaliła mi się lampka, czy taka konsystencja zapewni mi odpowiednią ochronę. Producent na opakowaniu zapewnia, że mrozy -20 stopni z tym kremem nam nie straszne. Ja miałam okazję testować go na północy Szwecji, gdzie temperatura w dzień wynosiła -11 stopni i muszę przyznać, że krem sprawdzał się średnio. Po około godzinie przebywania na mrozie twarz była zaczerwieniona, a ja czułam podrażnienie.



Jeśli chodzi o komfort używania to byłam zadowolona. 
Krem co prawda lekko bieli, ale nie bardziej niż klasyczny krem z filtrem.
Moja sucha cera nie błyszczała się po nim. Puder nie był konieczny.
No i mogłam używam go na makijaż, bo krem kompletnie na makijaż nie działał. Wszystko wyglądało jak najbardziej normalnie.
Dodam, że używałam go hojnie. 

Krem kosztuje ok.14zł za 50ml.


W wielkim skrócie uważam, że jest to dobry produkt. Nie podrażnia, ładnie prezentuje się na twarzy, posiada filtr przeciwsłoneczny. Ja swoją tubkę dokończę teraz, kiedy na dworze nie jest jeszcze zbyt zimno. Na mróz poszukam czegoś treściwszego, nawet kosztem estetyki. Wam też tak polecam :)



niedziela, 22 listopada 2015

Bioderma Photoderm Max spf50 mleczko, czyli nie zapominajmy o filtrach nawet zimą

Witajcie,

Dzisiaj przychodzę z czymś nie koniecznie nawiązującym do pogody. Przynajmniej u mnie za oknem nie jest za pięknie. No, ale o cerę dbać trzeba zawsze, więc filtry są konieczne.

Filtr Biodermy polubiłam, chociaż nie jest to szczyt moich filtrowych wymagań. Jednak na pewno warto go wypróbować, bo stosunek jakość-cena jest w tym wypadku bardzo korzystny. 


Filtr zamknięty jest w typowej dla Biodermy tubie zamykanej na klik. Ja mam jeszcze starą wersję. Obecnie to mleczko zamknięte jest w tubie białej z pomarańczowymi napisami. Jak na mój gust nowa tubka jest zdecydowanie ładniejsza.
Pojemność jest duża, bo aż 100ml. Mój filtr kosztował 63zł.


Mleczko ma biały kolor i dość rzadką konsystencję. Nie pachnie niemal wcale, a to co ewentualnie wyczujemy nie drażni naszego nosa.


Po rozsmarowaniu przepisowej ilości filtr bieli. Nie jest to trupia biel jak to czasem przy filtrach ma miejsce, ale taka też zdrowo nie wygląda. Jeśli użyjemy podkładu problemu nie ma. Każdy podkład jaki używałam trzymał się na Biodermie bardzo ładnie.
Solo bielenie może być problemem. 
Warstwa filtra jednak chociaż białą, to nie świecąca. 
Biała twarz w wakacje mi nie przeszkadzała więc używałam go solo. Że wyglądałam blado, to nic. Grunt, że się nie świeciłam (chociaż moja cera jest z natury sucha).


Produkt mnie nie zapchał, nie uczulił, a do obu tych przypadłości mam tendencję. 
Słońce nie opaliło mnie ani odrobinkę, więc chroni bardzo dobrze.
Na pewno jeszcze do mnie trafi.


Przepraszam, że post jest taki chaotyczny, ale pisałam go w ratach, bo moje dziecko ostatnio cierpi na bezsenność :)






czwartek, 19 listopada 2015

Vichy Normaderm. Ulubieniec wśród oczyszczaczy

Witajcie,

Dzisiaj mam dwa Was recenzję żelu do mycia twarzy Vichy Normaderm.

Pewnie większość z Was go używała, być może używa teraz. Na pewno wszyscy o nim słyszeliśmy.
Dla mnie też jest on wart uwagi. 
Przez pewien czas używałam go naprzemiennie z jego głównym rywalem, czyli Effaclarem LRP i Vichy jest dla mnie zdecydowanie lepszy.
Teraz kilka słów o nim...


Żel zamknięty jest w ładną, solidną buteleczkę z półprzezroczystego, zielonego plastiku. Dokładnie widać ile produktu jeszcze zostało. W moim akurat zostało go niewiele :)


Butelka wyposażona jest w pompkę, która dozuje idealną ilość żelu na jedno umycie twarzy. Dodatkowo pompkę można wygodnie zablokować, żeby przypadkiem nic się nie wylało. 
Żel ten nie raz podróżował ze mną do Szwecji i muszę przyznać, że blokada rzeczywiście działa bez zarzutu. Nie uroniłam nawet kropelki żelu.


Na zdjęciu widzicie jedną pompkę żelu. 
Żel ma jasnozielony kolor i bardzo intensywny, perfumowany zapach. Pisząc perfumowany zapach mam na myśli zapach bliżej nie określony. Mam wrażenie, że wchodząc do pierwszej z brzegu perfumerii wyczuwam zapach dokładnie tego żelu. Na początku zapach ten mnie drażnił, jednak po pół roku użytkowania zaczął mi się nawet podobać :)


Żel pieni się gęstą, kremową pianką. 
Mycie nią twarzy to czysta przyjemność, choć trzeba omijać okolice oczu. Co prawda nie szczypią one dotkliwie, ale jednak szczypią, więc lepiej dmuchać na zimne.


I teraz to co najważniejsze, czyli działanie.

Na początku muszę przyznać, że nie byłam co do niego przekonana. Po pierwszym użyciu bardzo podrażnił mi twarz. Cera była sucha i naciągnięta. Nawet krem, którego w tamtym momencie używałam niewiele mi pomógł.
Mimo wszystko nie dałam za wygraną. Dalej myłam nim twarz codziennie wieczorem. 
Po około tygodniu cera przyzwyczaiła się. Wciąż była napięta, ale tonik i krem już wystarczały.
Był nawet taki moment, ze żelu używałam do zmywania oczu. Radził sobie z tym bez problemu, jednak żeby uniknąć podrażnień zrezygnowałam z takiego jego zastosowania.
Tak więc Normadermu używałam codziennie wieczorem do zmycia makijażu z twarzy. Nie pomagałam sobie żadnymi micelami, czy mleczkami. Normaderm załatwiał całą sprawę. Wystarczyło raz umyć twarz, a wacik z tonikiem był czyściutki.
Moja cera po dłuższym stosowaniu tego żelu również się poprawiła. Pojawiało się znacznie mniej niespodzianek, które, jeśli już się pojawiły, znikały jakby szybciej.
Miałam też wrażenie, że żel pomógł wyrównać koloryt cery i wpłynął na spłycenie blizn potrądzikowych, ale może to tylko moja wyobraźnia.

Jakby nie patrzeć stan cery poprawił się widocznie. Pewnie za sprawą dokładnego oczyszczenia.
Żelu używałam raz dziennie, wieczorem. Próbowałam stosować go też rano, ale dla mojej cery to było już za dużo. Nabawiłam się tylko przesuszenia.

W wielkim skrócie. Vichy Normaderm to żel, który polecam, nawet do takiej jak moja, suchej cery. Mimo to radzę używać go z umiarem, bo jak ze wszystkim co dobre, w nadmiarze może szkodzić.

Zapłaciłam za niego 47zł za 400ml w osiedlowej aptece. Wystarczył na ponad pół roku użytkowania. Bardzo dobry interes :)





środa, 9 września 2015

Mój wielki zawód. Pharmaceris krem emolientowy na noc.

Witajcie,

Nie było mnie bardzo, bardzo długo.

Wróć!

Byłam, ale tylko czytałam. 
Czasu na pisanie było mało, więc lepiej nie pisać nic niż tworzyć coś na odpierdziel.
Także dałam sobie spokój.
Niemniej testowałam kosmetyki dalej.

Testowałam, testowałam. Niektóre zachwycały, inne były poprawne.
No, ale taki bubel?

Od razu pomyślałam, że muszę wam o nim napisać.

A mowa o kremie emolientowym Pharmaceris.

Jak kocham tą markę, tak teraz jestem co najmniej zniesmaczona.
Ale, od początku.


Krem zamknięty jest w miękkiej, "gumowej" tubce. Tubka dodatkowo zapakowana jest w kartonik. Po odkręceniu nakrętki mamy jeszcze sreberko. Cudownie. Wiem, że nikt mi łap w krem nie pakował.


Otworek dozujący jest w sam raz. Kremu nie leci ani za dużo, ani za mało. 
A, i zapomniałam. Uwielbiam opakowania Pharmaceris. Ich estetyka to dla mnie kwintesencja kosmetyków aptecznych. Prostota, same konkrety, kolory jako oznaczenie całej linii produktów. Miodzio.


Konsystencja jest lekka i tłusta zarazem.
Lekka, bo łatwo ją rozsmarować. Kremik jest delikatny.
Tłusta, bo niestety pozostawia na twarzy film. I to straszny film.

Kiedy posmarowałam nim twarz miałam wrażenie, że skóra zaczyna mi się pocić.
Czułam się jakbym wysmarowała się parafiną, wazeliną, albo innym tłuszczem i zaczęła go podgrzewać.
Straszne.
Na szczęście nic nie szczypało, pojawiał się tylko rumień, ale z czasem i on znikał.


Co do właściwości nawilżających, nie ma żadnych.
Opis jakoby zapobiegał wysuszaniu, likwidował objawy szorstkości to wg mnie żart.
Używałam go latem, gdzie skóra nie ma aż tak sporych wymagań jak zimą a krem i tak nie pomógł. Moja sucha skóra wciąż prosiła o krem. Ten kosmetyk fundował jej film, który czuć było długo, a obiecanego nawilżenia wcale. Po posmarowaniu miałam ochotę od razu użyć czegoś innego.


W wielkim skrócie. 
Wydałam ponad 30zł na krem, który nie dość, że nie spełnił swej podstawowej roli, tzn. nie nawilżał, to dodatkowo wyrządzał mojej cerze takie atrakcje jakich nie zaznała od czasów gimnazjalnych, kiedy to z dziewczynami próbowałyśmy "tworzyć" swoje cud kosmetyki.

Nie kupię więcej. Cieszę się, że już go zużyłam. Nie polecam.





środa, 24 czerwca 2015

ideał męża idealny dla mnie. Octopirox Pharmaceris

Cześć Wam Kobiety,

Wybaczcie długą nieobecność, ale wróciłam do Polski. Nie mogę się jak na razie nacieszyć tym, że wszędzie słyszę polski język, że mam polską kablówkę, a idąc do sklepu mogę nakupować rzeczy, które w Szwecji miałam od święta. Kurcze, będąc tam nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo tęsknie za Polską.

No i w Polsce czekała na mnie fantastyczna wiadomość.

Moja najlepsza koleżanka jest w ciąży!!!!!

Jeśli tu zagląda, a pewnie zerknie od czasu do czasu to gratuluję i tutaj, po raz tysięczny :)

Ale przejdę do treści dzisiejszego posta, czyli do kremu Pharmaceris, który prezentuje się tak:


Krem zamknięty jest w małej, zgrabnej tubeczce z miękkiego plastiku o pojemności 30ml. Nakrętka klasyczna, odkręcana. Wolałabym klik, ale nie jest to też powód do narzekania.
Tubka znajduje się w kartoniku, który D. do samolotu wyrzucił.
Na kartonie znajdziemy opis od producenta, dokładnie ten sam co na tubce plus skład.

Aqua (Water), Ethylhexyl Methoxycinnamate, Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Caprylic/ Capric Triglyceride, Potassium Cetyl Phosphate, Hydrogenated Olive Oil Decyl Esters, Glycerin, Cetyl Alcohol, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Sodium Polyacrylate, Ethylhexyl Triazone, Piroctone Olamine, Allantoin, Citric Acid, Chlorphenesin, Methylparaben


Kremik ma w miarę gęstą konsystencję. Po użyciu przez kilka sekund twarz jest delikatnie wybielona jednak zaraz ten efekt znika. Używałam go tylko rano, pod krem z filtrem. 
Nie zapchał, nie rolował się. Użyty solo delikatnie matowił.

Tubka 30ml kosztuje ok.35zł, a wystarczyła mi na prawie dwa miesiące używania codziennie na twarz, szyję i dekolt. Dobry wynik.




Octopirox to krem z serii zielonej, tzn. przeznaczony do skóry trądzikowej. Moja już na szczęście trądzikowa nie jest, chociaż ostatnimi czasy  coraz częściej przytrafiają mi się niespodzianki.
Po trądziku jednak moja skóra stała się bardzo wrażliwa i wysuszona. 

Kremik ładnie nawilżał moją twarz, likwidował napięcie skóry. Był idealny i pod filtr i pod makijaż. Skóra po jego użyciu była promienna, rozjaśniona i wygładzona. Nigdy jeszcze nie miałam kremu, który tak dobrze wpływałby na moją skórę, a tym samym i na samopoczucie ;)

Zakochałam się w miłości mojego Męża, który od dobrych kilku lat używa tego maluszka. Żałuję, że dopiero teraz go podkradłam, ale już wiem, że i ze mną zostanie na dłużej :) 








piątek, 5 czerwca 2015

Biały Jeleń i ekstremalne nawilżanie? Krem do twarzy "łagodzenie"

Witajcie,

Dziś mam dla Was recenzję kremu, o którym ostatnimi czasy w blogosferze jest dosyć głośno.
Mowa będzie o kremie nawilżającym Biały Jeleń.


Kremu używam dokładnie od 6 lutego, więc będzie już cztery miesiące, więc jest bardzo wydajny.
No, ale to tuba 100ml, więc co się dziwić.
Tubka jest w miarę miękka, krem wydobywa się z łatwością. 
Otwór w korku jest niewielki, więc dozujemy dokładnie tyle, ile akurat jest nam potrzebne. W moim wypadku leję go sobie sporo.


Krem ma dość lekką konsystencję. Wg producenta jest bezzapachowy, ale jak to w bezzapachowych kosmetykach bywa zapaszek swój ma. Bardzo emulsyjny zapaszek. Na początku po prostu "kluje w nos", później idzie się przyzwyczaić. Przynajmniej mój nos przywykł.



Krem rozsmarowuje się łatwo. Wchłania się umiarkowanie. Dla zabieganych rano może to być problem. Na szczęście kremik nie spowodował u mnie żadnego zapychania, czy jakiegokolwiek pogorszenia stanu cery.

Jest wydajny, używałam go często nawet dwa razy dziennie, choć czasem zdarzały się dni, że używany nie był wcale. Mimo wszystko mam go już 4 miesiące, a myślę, że wystarczy mi jeszcze na co najmniej kolejny miesiąc.


No, ale czy nawilża, czy łagodzi?
Przyznam szczerze, że nie bardzo. Owszem, coś tam nawilża, jednak dla takich suchoskórców jak ja może (ba, jest!) być to zdecydowanie za mało. Smaruję nim też szyję i dekolt i tam poziom nawilżenia mi odpowiada.
Wg informacji na opakowaniu krem ma łagodzić podrażnienia. Moja cera podrażniona jest często, więc sprawdziłam. Kremik podrażnienie jeszcze wzmaga, dlatego chcąc go używać konieczne jest okiełznanie twarzy :)

Niewątpliwym plusem tego produktu jest cena. Mój w aptece gemini kosztował bodajże 10,99 i to za 100ml. Zresztą będąc w Polsce widziałam, że z jego dostępnością nie ma najmniejszego problemu. Moim zdaniem lepiej jednak dołożyć i kupić coś lepszego.

Reasumując:

Są kosmetyki, które uwielbiam, są kosmetyki których szczerze nie znoszę, są też kosmetyki o których zapominam zaraz po tym gdy się skończą i jestem pewna, że nawilżający krem Biały Jeleń znajdzie się w tej trzeciej grupie.




wtorek, 2 czerwca 2015

Najulubieńsi w maju

Witajcie,

w maju, jak w sumie co roku dopadło mnie chorubsko. Męczyło 3 tygodnie, w sumie słabiej, ale męczy dalej. Najgorsze, że Mała złapała zwyczaje mamy i obie musimy się kurować.

Nie o chorobie jednak dzisiaj, a o ulubieńcach.

Z góry przepraszam za zdjęcie, ale w Szwecji widać trwa pora deszczowa, bo od dwóch tygodni nic tylko pada.


W maju na nowo odkryłam szampon Joanna Rzepa. Dawniej używałam go namiętnie, później jakoś o nim zapomniałam. Teraz, kiedy znów trafił w moje ręce pokochałam go miłością absolutną. Moje włosy są jak po wizycie u fryzjera, a takie je lubię :)

Vichy Normaderm to również powrót po latach. Dawniej podbierałam go mamie, a teraz kupiłam sobie swój. Żel jest bardzo, bardzo wydajny. Tej butelki używam już ponad dwa miesiące, a jak widać zużycie jest niewielkie. 
Żel super oczyszcza moją suchą twarz nie powodując większego przesuszenia.
Nasze początki jednak nie były tak różowe, jednak, na całe szczęście, cera się przyzwyczaiła i obecnie to moja kolejna miłość.

Pharmaceris kojący krem do twarzy to krem, który podkradłam Mężowi. Używałam go rano, a moja skóra twarzy była super nawilżona i ukojona. Wchłaniał się do całkowitego matu, jednak przez swoją dość gęstą,  konsystencję nie był zbyt wydajny. Jak na dzień dzisiejszy już go niestety nie ma, ale w przyszłości na pewno nie raz do niego powrócę.

Ziaja, maść oliwkowy opatrunek regeneracyjny ocaliła mój nos przed zagładą. Przez katar niestety skóra przy nosie nie wyglądała za ładnie, w sumie to wcale jej tam nie było. Maść jednak pomogła i teraz wszystko wraca do normy. Używam tej maści również pod nosek mojej córeczki i również się sprawdza.

Bepanthen derm krem kupiłam na wyprawkę Małej, jednak nie chcę szprycować ją chemią od małego dlatego skończył u mnie. Krem ma lekką konsystencję, dość szybko się wchłania i cudownie nawilża. W tym miesiącu wykończyłam już jedną tubkę, ta jest kolejna, więc to coś znaczy :)

I na koniec lidlowski krem Cien kids spf50. W Szwecji na prawdę trudno o krem z filtrem 50, co mnie niezmiernie co roku dziwi. Słynny matujący Vichy kosztuje tu 300kr, więc skusiłam się na tego osobnika ze zdjęcia na którego trafiłam w Lidlu w zawrotnej cenie 40kr, więc około 18zł. Za 100ml!
Krem lekko bieli, ale tylko na początku, przez jakieś pół godziny skóra błyszczy, później staje się całkiem matowa. Na mojej suchej cerze niemal każdy filtr wchłania się do matu, to tylko kwestia czasu, jednak z tego jestem zadowolona i już zastanawiam się, czy nie zrobić zapasu do Polski.

I to tyle ulubieńców. I znów tylko pielęgnacja.

Mam do Was pytanie, czy krem Cien jest dostępny też w polskich Lidlach?



wtorek, 12 maja 2015

Tonik odświeżający Corine de Farme. To jednak nie to

Witajcie,

Dziś mam dla Was recenzję toniku odświeżającego Corine de Farme.

Tonik ten kupiłam w aptece internetowej za bodajże 9zł. Nie mam pojęcia, czy jest dostępny stacjonarnie.


Tonik zamknięty jest w plastikowej, 200ml buteleczce z pompką.
Może jestem starej daty, ale pompka w toniku to raczej nie moja bajka. No i mam wrażenie, że produkt jest przez to mniej wydajny.

Konsystencja wiadomo. Woda. Bezbarwna.

Jeśli chodzi o zapach, to tutaj się porozwodzę. 
Okropny.
Mi przypomina gnijące kwiatki. Na szczęście czuć go tylko przy aplikacji.


Skład niby naturalny, a PEG obecny na 4 miejscu.

Ale przejdźmy do najważniejszego.
Do działania.
Tu tonik sprawuje się nieźle. Łagodzi skórę, kiedy umyję twarz silnym żelem.
Nie podrażnia, nie powoduje rumieńców, nie uczula.
Po aplikacji nie pozostawia żadnej nieprzyjemnej powłoczki. Nic się nie klei.
Nie ma alkoholu, więc jest raczej łagodny.

W nazwie tonik jest odświeżający.
Używałam kiedyś łagodzącej wersji tego toniku i nie widzę między nimi różnicy.

Swoją babską ciekawość zaspokoiłam. Wypróbowałam, wyrobiłam sobie o nim opinię. 
I więcej do niego nie wrócę. Zwłaszcza, że chyba znalazłam swój tonik idealny, ale o tym kiedy indziej :)

A jak u Was sprawdza się ta firma?

niedziela, 3 maja 2015

Jak coś jest do wszystkiego, też może być dobre :) Ziaja, kremowa baza myjąca, kuracja lipidowa

Witajcie,

Tak mi się składa, że ostatnio wszystkie produkty, które chciałabym Wam pokazać bardzo lubię. 
Dlatego, nie łamiąc tej reguły dzisiaj przychodzę do Was z recenzją bazy myjącej od Ziaji.

W kwietniu aż trzy tygodnie spędziłam w Polsce. Nie miałam okazji się pochwalić, więc robię to teraz :) 
W jednej z galerii natrafiłam na stoisko Ziaji, więc rzuciłam okiem jakie skarby ono skrywa. I właśnie jednym z produktów, który wybrałam była baza. 

Pierwsze przeznaczenie, które dla niej wybrałam, to mycie twarzy, ale skończyła trochę inaczej.


Baza zapakowana jest w butelkę dla Ziaji charakterystyczną. Co może wydawać się dziwne, zawiera ona 400ml produktu, a butelka jest półlitrowa (sprawdziłam to porównując do oliwki antycellulitowej Ziaja).

Buteleczka wyposażona jest w pompkę, która działa bez zarzutów. Nie strzela na wszystkie strony i dozuje odpowiednią ilość produktu. Jedna pompka w zupełności wystarcza na umycie całej twarzy.

Baza wg producenta jest bezzapachowa. Wiadomo, kosmetyki bezzapachowe mają swój specyficzny smrodek. Tu nie ma wyjątku, czuję wazelinę.
Konsystencja to gęste mleczko o białym, lekko transparentnym kolorze.
Nie pieni się wcale.


Jak już wspominałam emulsja miała służyć mi do mycia twarzy. I do tego jej przez pierwszych kilka dni używałam. Ładnie domywała makijaż (oczy zmywałam płynem do demakijażu), nie powodowała podrażnień, nie uczulała. 

Raz się jednak zdarzyło, że wykończyliśmy Oillatum, w którym kąpiemy Luśkę. Mała, po mamusi, jest wielkim alergikiem, więc produkty do jej pielęgnacji musimy dobierać bardzo ostrożnie. 
No, ale nic. W czymś Młodą trzeba wykąpać, więc po namyśle padło na tą właśnie bazę.

I co?

I właśnie nic :) 
Żadnych podrażnień, zaczerwienień, plamek czy krostek. 
Emulsja myjąca na ciemieniuchę również z Ziaji Malutką uczuliła, więc było to trochę zaskoczeniem :)

Od tamtej pory Malutką myjemy tylko w bazie i dalej nie dzieje się nic złego. Po kąpieli nie musimy używać balsamów, więc nie wysusza. W dodatku jest bardzo wydajna, bo używamy jej już piąty tydzień a zużyliśmy może 1/3 buteleczki. Duża butelka Oillatum wystarcza nam za to tylko na miesiąc, więc oszczędność jest ogromna, zwłaszcza przy cenie bazy, która w sklepie Ziaji kosztuje 10,11zł, a w internecie nie całe 8zł.


Zrobił mi się post o dzieciach, ale to dobry argument na delikatność tej bazy :)

Wszystkim polecamy!





piątek, 20 lutego 2015

prawie delikatnie...Anida emulsja micelarna do twarzy

Witajcie, 

nie było mnie tu już bardzo długo.
Może inaczej, czytałam, ale czasu na pisanie mam ostatnio bardzo mało.

Dzisiaj przychodzę do was z recenzją emulsji micelarnej do twarzy z Anidy.
Jest to produkt dośc popularny i sporo o niej w internetach znajdziemy, ale ja postaram się ocenic ją obiektywnie.

Emulsję tą kupiłam pod wpływem wizażu. Jest tam oceniona na prawdę wysoko. 
Miałam problem z dostępnością. Kiedy byłam w Polsce nie mogłam jej nigdzie dostac, dopiero z pomocą przyszła mi pewna popularna internetowa apteka. Emulsja kosztowała 9 zł z groszami.


Opakowanie to wygodna buteleczka z pompką. Pojemnośc jest spora, bo aż 300 ml.
Buteleczka jest w białym kolorze i niestety nie widac zużycia produktu. Żeby zobaczyc ile nam jeszcze zostało konieczne jest odkręcanie opakowania.
Szata graficzna mi osobiście się podoba. Jest ładna, prosta i taka "apteczna". Lubię :)


Co do zapewnień producenta o tym, że produkt polecany jest do cery suchej i wrażliwej to się zgadzam. Na prawdę emulsja ta nie zrobi nam krzywdy, chociaż i tutaj mam pewne ale:
po ponad miesiącu stosowania skóra zaczęła mnie szczypac i się delikatnie czerwienic.
Zrobiłam jednak tygodniową przerwę w używaniu i wszystko wróciło do normy, a emulsja znów mojej cerze nie szkodzi.


Jak widac konsystencja jest gęsta, kolor lekko perłowy.
Na zdjęciu jest jedna pompka, która w zupełności wystarczy na umycie całej twarzy i szyi. Zyskuje na tym wydajnośc. To opakowanie używam od początku stycznia, a zużycie jest minimalne. Niestety się nie pieni.

Wg producenta emulsja ta nie ma zapachu. Dla mnie pachnie ona apteką, tzn. posiada specyficzny zapach preparatów bezzapachowych :) Nie utrzymuje się on jednak na skórze, ani nie jest dokuczliwy.

Makijażu raczej tym produktem nie zmyjemy, nawet delikatnego, ale mogę się mylic, bo przeznaczyłam go do użytku rano.


Jak już kiedyś gdzieś wspomniałam, przy moim największym nasileniu alergii umyłam tą emulsją całe ciało.
Skóra piekła mnie po tym okrutnie, dlatego na podrażnienia nie polecam.

Reasumując:
Produkt dobry, delikatny, w sam raz dla wrażliwców. Do demakijażu jednak nie polecam, do użytku niezgodnego z przeznaczeniem też się nie nadaje :)

Nazwa: Anida Emulsja micelarna do twarzy
Pojemnośc: 300ml
Cena: mniej niż 10 zł
Dostępnośc: teoretycznie apteki, w praktyce może byc trudniej

Wg mojej oceny produkt ten zasługuje na solidne 4/5.

Znacie? Polecacie? 




czwartek, 15 stycznia 2015

Łagodne oczyszczanie, czyli Lirene, Płyn micelarny do demakijażu twarzy i oczu

                       Witajcie,
Dość dawno temu pojawiła się ostatnia notka, ale jestem jak najbardziej usprawiedliwiona. Otóż po mojej ostatniej wizycie u barnmorski jest niemal pewne, że nasza Dzidzia pojawi się na świecie troszkę wcześniej niż się spodziewaliśmy. Termin mam na 14 lutego, mam nadzieję, że uda mi się wytrzymać jak najdłużej, ale właśnie do mnie dociera, że będę mamą. Tak więc w ostatnim czasie pełną parą zabraliśmy się za malowanie pokoiku dla naszej Księżniczki i rozkładanie mebelków. Co prawda, nie mam jeszcze wszystkiego zapiętego na ostatni guzik, ale wszystko jest na dobrej drodze :)

No, ale nie będę Was zanudzać moimi przemyśleniami. Ot, pochwaliłam się, a że tematyka bloga jest inna, to wracam do recenzji.
A dzisiaj nadeszła kolej na płyn micelarny od Lirene. Wydaje mi się, że jest on szeroko znany w blogosferze, ale i ja wtrącę o nim kilka zdań.


Płyn ten mieści się w klasycznej, skromnej, 200 ml buteleczce.
Opakowanie jest poręczne. Buteleczka posiada zamknięcie typu "klik". Plastik jest przezroczysty, wiec widać zużycie produktu. Zresztą, jaka jest buteleczka każdy widzi, niczym szczególnym się w każdym bądź razie nie wyróżnia :)


Sam płyn też standardowo. Konsystencja to po prostu woda.
Co do działania, to rzeczywiście jak obiecuje producent, płyn ten nie podrażnia. Tzn. nie podrażnił mojej wrażliwej cery. Kojąco jednak też raczej nie działa.
Zmywanie nim makijażu, to jednak dłuższe przedsięwzięcie. Na co dzień używam tyko kremu BB i tuszu do rzęs. Z takim "makijażem" razi sobie całkiem szybko, jednak kiedy "zaszalałam" i użyłam eyelinera, to rzeczywiście było ciężko. 
Płyn nie zostawia po sobie tłustej warstwy, a jednocześnie nie wysusza skóry. Kiedy niechcący troszkę preparatu dostało mi się do oczu, to też nie było tragedii. Prawda, troszkę poszczypały, ale nie było to coś nie do przeżycia :)
Zapach ma bardzo neutralny, praktycznie nie wyczuwalny.

Jego wydajność w moim wypadku to ponad dwa miesiące, jednak nie zawsze był używany codziennie. Mimo to i tak wydaje mi się, że jego wydajność jest na plus. 

Podsumowując: u mnie ten płyn sprawdził się całkiem nieźle. Nie podrażnił, nie przesuszył, nie uczulił. 
Buteleczka 200 ml wystarczyła mi na ponad dwa miesiące stosowania, co w tej cenie jest zdecydowanym plusem. Polecam go dla osób, które malują się bardzo delikatnie. Z większą ilością kolorówki w moim odczuciu nie da on sobie rady.

Nazwa: Lirene Płyn micelarny do demakijażu twarzy i oczu
Pojemność: 200 ml
Cena : ok. 12 zł
Dostępność: swój kupiłam w Rossmannie, ale dostępny jest niemal wszędzie

Dla mnie płyn ten zasługuje na ocenę 7/10. Jednak z racji tego, że zbliżają się cieplejsze dni, a ja wtedy lubię urozmaicić swój makijaż to nie jestem pewna czy kupię go ponownie.





niedziela, 11 stycznia 2015

Garnier Vitalizing Toner All Fresh - tonik do cery normalnej i mieszanej

          Witam was ponownie!
Jako, że ostatnio opisywałam żel Garniera, który pojawił się w moich grudniowych nowościach i który niestety nie sprawdził się u mnie kompletnie, to dzisiaj przychodzę z recenzją toniku, który z tym właśnie żelem kupiłam w komplecie. A konkretnie będzie to Garnier Skin Naturals Vitalizing Toner All Fresh.

Niestety, jest to kolejny produkt Garniera, którego w Polsce raczej na chwilę obecną nie dostaniecie, ale wiem, że dostępny jest za zachodnią granicą, a sporo z was tam właśnie uzupełnia swoje zapasy. Ale czy jest on warty tego, by ściągać go z zagranicy? O tym niżej...


Po pierwsze opakowanie. Takie samo jakie posiada każdy inny tonik Garniera. Przyznam się nawet, że na początku myślałam, że jest to tonik którego używałam już w Polsce, a konkretnie Essentials. No, ale to całkiem co innego.
Większość z was pewnie miała styczność z tonikami tej firmy, więc dobrze wiecie jakie jest opakowanie.
A jest ono przezroczyste, poręczne i całkiem zgrabne. Zamykane na koreczek, który jest charakterystyczny dla firmy. W opakowaniu widać zużycie toniku.


Konsystencja, jak na tonik przystało to typowy, wodnisty płyn. Bardzo szybko wsiąka w wacik. Często jednak z opakowania wylewa się go ciut za dużo.
Zapach jest ładny, świeży, na mój nos delikatnie kwiatowy.

Producent pisze, że jest to tonik przeznaczony do skóry normalnej i mieszanej. No i dla wrażliwej. Nie zawiera parabenów. Po jego zastosowaniu skóra ma pozostać nawilżona i odprężona, a makijaż dokładnie zmyty.

Nie wiem, czy ten produkt zmywa makijaż, bo do tego go nie używam, jednak moja twarz nawilżona i odprężona na pewno nie jest. Testowałam go też na D. i jego odczucia są podobne, więc przy cerze, dla jakiej jest przeznaczony też się nie sprawdza.
Tonik ten na drugim miejscu w składzie posiada alkohol, który niestety po kontakcie ze skórą staje się bardzo wyczuwalny. Przy aplikacji nie czujemy już przyjemnego, kwiatowego zapachu, który mogliśmy wywąchać w opakowaniu, a raczej drażniący odór spirytusu.
I niestety na twarzy działa tak samo jak alkohol, tj, skóra szczypie i jest ściągnięta. Użycie kremu konieczne jest niemal natychmiast.
Mimo wszystko na prawdę czuję, ze skóra jest dobrze oczyszczona.




Na jego nieszczęście, a moje szczęście tonik ten nie należy do najwydajniejszych. 
Nie używam go dużo, bo boję się podrażnień, jednak przy stosowaniu dwa razy dziennie po ponad miesiącu została mi dosłownie resztka na dnie.

Nazwa: Garnier Vitalizing Toner All Fresh
Pojemność: 200ml
Cena: mój w komplecie z żelem kosztował 50kr, pojedyńczo sam tonik kosztuje 49kr
Dostępność: w Polsce z tego co się orientuję raczej zerowa

Ja oceniam ten tonik na silne 3/10. Nota i tak wysoka, bo rzeczywiście czuję oczyszczenie twarzy, a poza tym opakowanie jest wygodne i ładne. Jednak jestem niemal pewna, że dobrowolnie do niego więcej nie wrócę. Utwierdziłam się w zdaniu, że Garnier nie ma w swojej ofercie nic dla mnie, dlatego nie kupię ponownie.